Namiot - początek - relacje
17 sierpnia 2024 r., sobota
Całą noc z piątku na sobotę oka nie zmrużyłem. To
chwilę posiedzę w namiocie, to pochodzę wokół.
Około 6:00 było już dawno jasno i przez tkaninę widziałem
nadchodzącą grupę 5 osób, 4 chłopaków i dziewczynę. Zachowywali się głośno. W
pewnej chwili jeden wyraźnie podszedł do narożnika namiotu i jakby coś zrobił.
Miałem nadzieję, że ktoś szybko przyjdzie, bym mógł zostawić
z nim Sławka. Dla trwania zgromadzenia niezbędna jest obecność przynajmniej dwu osób. W przeciwnym razie policja zgromadzenie rozwiązuje. Kontrole są kilka razy na dzień.
Przychodzili znajomi, ale żaden nie zamierzał zostać dłużej.
Miałem tego dość, więc kilka razy zaśpiewałem na melodię Gorzkich Żalów:
- Zastępnicy przybywajcie i odpocząć wreszcie dajcie.
Około południa zajrzał do namiotu wysportowany, wysoki
mężczyzna. Nie zaczepił Sławka stojącego przed wejściem, tylko wsadził do
namiotu telefon nagrywając:
- Jak się nazywa stolica Mołdawii?
Zamurowało mnie. Zmarszczyłem czoło chcąc przypomnieć. Minęło z 5 sekund, a facet krzyczy:
- Nie wiecie nawet, jaka jest stolica Mołdawii, a geopolityką
chcecie się zajmować! A stolica Łotwy?
- Chyba Ryga.
- „Chyba”? – zapytał głosem triumfu.
- A Estonii?
- Tallin.
- Ach durnie! I wy chcecie zabierać głos!
Dopiero teraz zaczęło mi ćwierkać w głowie, że stolica
Mołdawii to Kiszyniów. Podszedłem do Sławka i mówię:
- Wydaje mi się, że Kiszyniów.
- Tak, Kiszyniów.- potwierdził Sławek jakby znał odpowiedź
od początku.
- Teraz się przypomniało? – kpił ze mnie gość.
- Jak pan taki mądry, to proszę powiedzieć, ile Kiszyniów ma
ludności. - zrewanżowałem się trudniejszym pytaniem.
- Patrząc na wielkość kraju, przyjmuję, że 250 tysięcy.
Nie potrafiłem ustosunkować się do tej liczby. Ciekawiło mnie, czy ten człowiek jest aż tak świetnie zorientowany. Następnego dnia sprawdziłem w Internecie. Prawidłowa odpowiedź to 660 tysięcy.
Sławek
zadał swoje pytanie:
- A gdzie jest centrum światowego Żydostwa?
- Jestem Żydem. –
padła zadziwiająca mnie pełna dumy odpowiedź, niezbyt dotycząca tematu.
- No więc, drogi panie, w Dniepropiotrowsku na Ukrainie. Tam
bawią się, odpoczywają. Żadna bomba na miasto nie spadła. A my tu stoimy, bo tu
naprzeciw ma swe miejsce pracy Marek Brzeziński, syn Zbigniewa.
- Zbigniew Brzeziński był jeszcze niedawno najwybitniejszą postacią polityki. To geniusz. A wy durnie!
Idioci! – darł się na nas, aż przybiegła para policjantów, która siedziała na
ławce w cieniu pod drzewami za namiotem.
- Proszę nie używać inwektyw.- upomnieli faceta.
Ten jeszcze coś pogadał, że nie znamy się na niczym.
- Wy chcecie, żeby Putin wygrał. Tacy z was patrioci! Ale ja
jestem patriotą. Jak tu przyjdzie, będę
z nim walczyć.
- My tylko chcemy, by wojny nie było, by nas
do niej nie wciągano. – wyjaśnił Sławek. - To jasne, że pan by walczył, bo jak przyjdzie Putin, to zrobi z wami porządek, tak jak zrobił w
Rosji, gdzie oligarchów porozstawiał po kątach. Ale zapraszam już teraz do
Donbasu albo pod Kursk.
- Będę walczyć przeciw Putinowi jak przyjdzie tu. Jestem
polskim patriotą. A wy jesteście pomyleńcy.
To powiedziawszy wsiadł na rower i odjechał.
Usprawiedliwiałem się przed Sławkiem:
- Takiego pytania się nie spodziewałem. Poza tym po jednej zarwanej, a drugiej nieprzespanej nocy umysł pracuje na zwolnionych obrotach. Co mnie obchodzi
stolica Mołdawii? Powiem ci - dziwne, że po chwili zaczęło mi kołatać w głowie:
Mołdawia – Kiszyniów, Mołdawia – Kiszyniów. Dlatego podszedłem do ciebie i się
spytałem, czy dobrze myślę.
- Nie przejmuj się. To ich metoda, by już na wstępie
pomieszać szyki. Mogą zapytać: „Dlaczego masz źle zawiązany krawat?" albo „Czy
przestałeś już bić żonę?”.
Potem doszedłem do wniosku, że ów człowiek zapewne interesuje się Kiszyniowem i jest zamieszany w realizację
światowego planu zagrabienia własności różnych narodów.
23 sierpnia, piątek
Dziś Zygmunt odebrał ulotki z drukarni,
a ja namalowałem nowy transparent „Puszczacie Ukraińców i
Rosjan przez maszynkę do mięsa”. Został podczepiony pod innym o treści:
„Lichwiarze z UE precz z Ukrainy!” Teraz stanowią jedną całość. Malowałem na foli malarskiej położonej na
chodniku dokładnie w tym miejscu, przy którym miał zostać powieszony. Materiał kupiłem wcześniej tego dnia.
Zapłaciłem 150 zł. Wykorzystałem tylko
połowę. Druga została na inny raz.
W tym czasie zrobiło
się zamieszanie przed namiotem. Nie wszystko wyłapałem, więc dopytałem Sławka.
Oto historia:
Facet ze 30 lat. Przyjechał na rowerze, w kasku. Uroda
chazarska – ciemny, z nosem jak „klamka w zakrystii”, oczka ciemne jak u
pluszowego misia, pejsy zgolone, ale
niedogolony. Zatrzymał się i z rękami w kieszeni zawołał do Tomka:
- To twój namiot?
- Między innymi.
- Kto się na to gówno zgodził! Dokąd będzie tu stało?
Popierdoliło was?
Na te słowa Sławek wyszedł z namiotu i zapytał:
- Czy ma pan jakiś problem?
- Tak, zastanawiam się, co tu robisz.
- Nie jesteśmy na ty. Ja jestem Sławomir Andrzej Zakrzewski,
a pan?
Nie odpowiedział, tylko stwierdził:
- Nagram.
Wyjął telefon i zaczął filmować.
Na to Sławek poprosił Tomka:
- Nagraj go.
- Co to, twój pachołek, że wydajesz polecenia? – żachnął się
rowerzysta.
- Nie, to mój przyjaciel. Tomku podejdź bliżej. Zrób
zdjęcie. – jeszcze raz Sławek zwrócił się do kolegi, po czym zagroził
przybyszowi. - Czy mam zawołać patrol?
- Wołaj sobie kogo chcesz.
- Kto to? – dopytywał się Tomek.
- Typowy Chazar.
Na to rowerzysta
rozsiadł się na swoim pojeździe i powtarzał:
- Chazar, Chazar…
Sławek poszedł do namiotu, a gość stał z 10 minut i coś pod
nosem mamrotał. Kiedy zobaczył
nadchodzący patrol policji, odjechał.
24 sierpnia 2024 r., sobota
Około 20:00 zastałem przy namiocie kilkanaście osób - kobiet i mężczyzn. Zaskoczyła mnie obecność dr Sendeckiego. Miłe, że zechciał wesprzeć nas w trudnym momencie. Zgromadzeni siedzieli na krzesłach na prawo od namiotu - część przy stole zastawionym przekąskami. Za plecami mieli transparenty, między innymi ten wczoraj namalowany o puszczaniu Ukraińców i Rosjan przez maszynkę do mięsa. Kilka par tańczyło do muzyki. Ludzie przyszli na apel Sławka. Wieczorem spodziewaliśmy się ataków Ukraińców wracających z zakrapianych imprez. 24 sierpnia to święto Ukrainy!
Interakcje z Ukraińcami bywają różne. Są tacy, co mówią:
- To prawda, co głosicie.
Inni z kolei się oburzają.
Na szczęście nic złego się
nie stało. Do północy nasi sympatycy zgromadzeni dotąd przy stole rozeszli się.
Zostałem ze Sławkiem i jeszcze jednym kolegą.
Około 1 w nocy
stałem tyłem do ulicy na zewnątrz namiotu przed wejściem, które blokowała szafka. Układałem na niej ulotki w
komplety. Szukaliśmy taniej drukarni, a taka nie oferowała składanych ulotek. Poskładać należało samemu. Skoro i tak noc nie przespana, to przynajmniej trzeba ją dobrze wykorzystać.
Nagle dostałem mocny cios w głowę z lewej strony. Oberwałem przez
kapelusz, który złagodził uderzenie. "To wstęp - uświadomiłem sobie. - Gdy się obrócę, dostanę resztę." Musiałem się jednak odwrócić. Patrzę, a tu nie ma nikogo! Za to kilka metrów dalej
oddala się jakiś mężczyzna trzymając w górze ręce, tak jak podczas
poddawania się. Odwrócony tyłem do nas kroczył w charakterystyczny dla podchmielonych sposób - z lekkimi odchyłkami na boki. Zrozumiałem,
że wpadł na mnie przypadkiem. Powinien jednak
wybełkotać „Przepraszam.”
Nie
zastanawiałem się nad nim dłużej. Znowu zacząłem składać ulotki. A tu okazało
się, że gość wrócił. Zauważyłem go podchodzącego dopiero z odległości kilku metrów.
Stanął przy mnie. Był co najmniej pół głowy wyższy, dobrze zbudowany.
- Zwalę ci ten kapelusik. Lubię zbierać grzybki.
- Proszę odejść, nie mam zamiaru z panem się bić.
Niestety wciąż stał napięty, lekko pochylony w moją stronę, gotowy uderzyć. Zacząłem więc krzyczeć:
- Policja, policja!
Ale policji ni widu, ni słychu. Wewnątrz namiotu z drugiej strony szafki siedział mój kolega, jeszcze
drobniejszy ode mnie. Być może nie zrobił na napastniku specjalnego wrażenia.
Nie wiadomo, co by było, gdyby z namiotu nie odezwał się Sławek, który już położył
się spać.
- Co się dzieje?
To podziałało na
agresora. Trzech na jednego to trochę dużo. Odwrócił się jak niepyszny i odszedł znowu w kierunku skrzyżowania Al.
Ujazdowskich z ul. Piękną. Kiedy znikł w ciemności przed skrzyżowaniem,
przestałem patrzyć w jego stronę. Sławek zażartował:
- Teraz twój przydomek będzie „Grzybek”.
Znowu składałem ulotki, aż w pewnej chwili zauważyłem ruch
z 10 metrów od namiotu. Zrozumiałem, że to nie koniec sprawy. Dlatego
zacząłem krzyczeć:
- Policja! Policja!
I znów żadnego odzewu.
Tymczasem człowiek skierował się nie w moją stronę, ale do
transparentów na prawo od namiotów. Dopadł pierwszego z brzegu, o treści: „Koczownicy, dość szczucia nas na
Rosjan!” Poniżej zdjęcie wykonane
wcześniej.
Zamachnął się i go
zerwał. Płótno po kilku pociągnięciach z trzaskiem rwącego się materiału odpadło
całkowicie od masztów. Gdy wyciągał ręce, by złapać za następny transparent
„Antypolonizm USraela stop!” , nieoczekiwanie … z cienia wyłonili się policjanci
niczym pomoc zesłana z nieba. Biegnąc krzyczeli.
- Stop! Policja!
Mężczyzna miałby czas jeszcze szarpnąć kolejny transparent,
ale opamiętał się.
Kazali stanąć przy
nich:
- Dlaczego pan to zrobił?
- Bo oni wołają „Jebać Żydów!” – tym przyznał się, że jest
jednym z nich, a mnie zaskoczył zupełnie.
Zaprotestowałem:
- Nigdy takie słowa
przez gardło by mi nie przeszły.
Wtrącę tu dłuższe wyjaśnienie, którego wtedy nie podałem, bo nie było czasu. Po pierwsze brzydzę się wulgaryzmami. Po drugie wszelkie uogólnienia są
niesprawiedliwe. W każdym narodzie są dobrzy i źli ludzie. Owszem, wiele razy
dziennie słyszę wulgarne słowa i groźby rzucane pod naszym adresem przez Żydów
przechodzących czy przejeżdżających obok namiotu. W furię wpędza ich zwłaszcza
widok palestyńskiej flagi. Jednak wiem, że inni są przeciwni wojnie. Kiedyś Izraelowi zdarzyło się nawet mieć premiera
Icchaka Rabina, który pragnął ułożyć dobre stosunki z Palestyńczykami.
Niestety zabił go żydowski zamachowiec.
Opisałem policjantom przebieg wydarzenia:
- Ten człowiek
uderzył mnie w głowę, kiedy tędy przechodził pierwszy raz. Za pół minuty wrócił
znowu i chciał mnie pobić, ale zrezygnował, gdy zauważył, że jest nas trzech.
Teraz wrócił ponownie i zaatakował dekoracje.
- Pan jest pijany? – policjanci zwrócili się do niego.
- Trochę wypiłem.
- Legitymowaliśmy pewną osobę zaraz za skrzyżowaniem.
Gdyby nie to, bylibyśmy szybciej. –
tłumaczyli się przede mną.
Potem obejrzeli porwany transparent, pospisywali wszystkich
i skontaktowali się z dowódcą, który polecił wlepić mandat 500 zł.
- Czy pan przyjmuje mandat? Jeśli nie, to zgłosimy sprawę do
sądu.
- Przyjmuję.
Wtedy dotychczasowy agresor ku memu zdziwieniu wyciągnął
pojednawczo rękę w stronę Sławka. Rzekł:
- Przepraszam.
Ale Sławek ręki nie uścisnął.
- Pan nam zniszczył transparent. Ugody nie będzie, bo to
kolejny przypadek. Nie możemy pobłażać. Spotkamy się w sądzie.
Mówił o napaściach, których doświadczył podczas innych protestów. Skąd nabrać pieniędzy na kolejne transparenty? Żebrać nie wypada. Od fizycznych napaści gorsze jest jednak opluwanie w mediach. Sławek stara się być obecny przy wszystkich protestach rolników, górników itp. Potem na stronach internetowych ukazują się jego zdjęcia z transparentami i komentarzami w stylu: "Znów wariaci starają się przypiąć do poważnych demonstracji". Tymczasem osobista obecność i naoczna obserwacja pozwalają wyciągać wnioski na temat organizatorów, nawiązywać kontakty ze zwykłymi uczestnikami i wskazywać na głębsze przyczyny problemów.
Następnego dnia Sławek na reszcie płótna, która pozostała po transparencie o mieleniu Ukraińców i Rosjan, odtworzył transparent. Tym razem słowo "Koczownicy" namalował na czerwono.